POCZĄTEK 5 lipca 2017 – Tagi: , , , , ,

To był nieokreślony poranek. Niebo niskie i szare, woda bulgotała w czajniku, wszyscy spali.
Otworzyłam puszkę earl greya, przetarłam blat i wciągnęłam nosem zapach. Herbata pachniała tamtym dniem, była sucha, krucha, no i czarna.
I wtedy zdałam sobie sprawę, że jest cicho. Nie chodziło o to, że wszyscy śpią, ale o to, że na zewnątrz było cicho.
Przestało wiać.
Jestem Wam winna historię o wietrze, bo od niego wszystko się zaczęło.
Siedem lat temu opuszczałam dzikie i wietrzne miejsce na północy.
Wiało w czasie drogi powrotnej
Wiało, gdy wchodziłam do domu
Wiało, gdy wieszałam na tarasie wypraną po lecie spódnicę.
Spodnica była zielona, marki Marni, lniana i marszczona,
słona od morza, słodka od deszczu i wypłowiała na słońcu.
Spódnica z historią..
Jednak wiatr, który wiał z zachodu porwał ją ze sobą.
Bez większej nadziei wychylałam się i wyglądałam jej na tle wypalonego słońcem miasta.
I wtedy zobaczyłam, tuż koło mojej ręki – motyla.
Trzymał się metalowego parapetu i uparcie trwał szarpany podmuchami wiatru.
Usiadłam wtedy i napisałam:
,,…Wiatr porwał spódnicę, ale przywiał motyla,
namaluję go na jedwabiu
i będę nosiła na wietrze…”

 

 

« BIAŁE
PORTRET »